Limp Bizkit wygwizdani w Chicago (29.07.2003)
Jak niepyszni opuszczali scenę w Chicago muzycy zespołu Limp Bizkit zaledwie po 20
minutach grania. Publiczność wygwizdała ich i obrzuciła różnymi przedmiotami. Na
pocieszenie Fredowi Durstowi i spółce pozostaje fakt, że wreszcie udało się im skończyć
nagrywanie długo oczekiwanej nowej płyty.
Członkowie Limp Bizkit długo zapamiętają koncert na chicagowskim torze wyścigów konnych,
który odbył się w sobotę, 26 lipca. Pierwsze gwizdy pojawiły się już w chwili, gdy grupę
zapowiadali grający wcześniej muzycy Linkin Park.
Gdy na scenie pojawił się Durst wraz z kolegami, publiczność zaczęła buczeć, gwizdy się
nasiliły, a w kierunku estrady poleciały różnego rodzaju śmieci. Po 20 minutach większość
zdegustowanych członków zespołu opuściła scenę, zaś wokalista zszedł z niej dopiero po
interwencji technicznego, który zabrał mu mikrofon.
Dobrą wiadomością dla tych fanów, którzy mimo wszystko pozostają wierni formacji Limp Bizkit
jest ta, że zespół nareszcie skończył nagrywanie kolejnej płyty, na której po raz pierwszy
będzie można usłyszeć nowego gitarzystę, Mike'a Smitha.
"Mamy 18 piosenek i chciałbym, aby wszystkie znalazły się na albumie. Najsmutniejszym
utworem jest Drown, mówiący o tym, że zbliżamy się do końca. To moje wołanie o pomoc do
kogoś, kto mógłby mnie uratować zanim utonę" - mówi Durst.
A tak o zawartości nowego longplaya wypowiada się Smith: "Jest on ciężki, ale ma też parę
bardziej przestrzennych, psychodelicznych momentów, w stylu Jane's Addiction."
Płyta "Panty Sniffer" ma trafić do sklepów we wrześniu.